Forum Obywatelskie

Lista Obywateli

Archiwum Rządowe

Pliki do
pobrania

V Korpus Inwazyjny

Linia
Czasu

Pytania i odpowiedzi

Kanał
RSS

 
LOGOWANIE
login:
hasło:
rejestracja

WIELKAPEDIA
WOJSKOWA KOMENDA UZUPEŁNIEŃ
POLSKA MARYNARKA GWIEZDNA
 
WARTO ZOBACZYĆ
Kronika Wielkiej
OSO 2057 Kampinos
OSO 2058 Kampinos
OSO 2059 Kampinos
OSO 2061 Kampinos
OSO 2062 Wa-wa
Archiwa WRP


SMUTNA STATYSTYKA

Serwis przegląda:
0 obywateli
21 gości

FORMALNOŚCI

Kanał RSS
Nasze bannery
Szanowna Redakcja
Kontakt
Copyright
Materiały dla prasy
FAQ
Polityka prywatności
Napisz artykuł!

TECHNIKALIA

Serwis został zoptymalizowany dla rozdzielczości 6144x4096 oraz niższych:
do 1920x1080 stosowanych w zegarkach ręcznych i motopompach drugiej klasy

REKLAMA
 

 

 

 

 

 

Człowiek z betonu



czyli fragmenty
oficjalnej biografii Ojca Narodu,
Pierwszego Naczelnika
Wielkiej Rzeczypospolitej


autorstwa

ob. Red_81


CZĘŚĆ I

Był chłodny listopadowy dzień. Młody Jeszcze-Nie-Naczelnik stał w kolejce do pośredniaka.

- Cztery fakultety skończone, dwa doktoraty, siedem języków obcych - kto pana z czymś takim do roboty by chciał. - stwierdziła urzędniczka w przerwie w piciu kawy - Ale poczeka pan na pierwsze opady śniegu. Będą wtedy brać ludzi do odśnieżania terenów przed Sejmem. Za osiem godzin pracy dostanie pan pół talerza prawie ciepłej zupy i bułke. A może nawet uda się panu uścisnąć rękę asystentowi jakiegoś posła. Nie każdy ma takie szczęście...

Pół godziny później Naczelnik, wraz z innymi bezrobotnymi, grzał się przy gigantycznym ognisku, które jeszcze przed chwilą było Urzędem Pracy. Wyciągnął papierosa. Przeszukał kieszenie. "Cholera" - wyrwało mu się. Wszystkie zapałki zużył przed chwilą. Ta benzyna z Orlenu taka jakaś trudnopalna ostatnio...

W tle rozległ się tekst starej piosenki: "...szykujcie bracia amunicję na święta, to Boże Narodzenie będą długo pamiętać...", a zgromadzeni ludzie mimowolnie zaczęli nucić "...płoń, płoń, płoń parlamencie, spali cię ogień na historii zakręcie..."

"Kupić zapałki" - zanotował w pamięci Naczelnik, a na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmieszek...



CZĘŚĆ II

Minęło kilka dni, podczas których nic ciekawego się nie działo. Media wprawdzie codziennie huczały o nowych aferach, aresztowaniu kilku posłów, tajemniczo znikających tajnych aktach i równie tajemniczo pojawiających się notatkach, ale Naczelnik jakoś nie zwracał na to nadmiernej uwagi. Nie to żeby tych informacji nie słuchał. Po prostu dwadzieścia lat dorosłego życia w III RP sprawiło, że zdanie: "Poseł X jest złodziejem" uważał za równie odkrywcze jak na przykład stwierdzenie: "Ziemia krąży wokół Słońca". Z resztą, jak zauważył, 30 lat demokracji wywołało podobną reakcję u 99 % społeczeństwa.

Urocza prezenterka ogłosiła, że dziś jest Dzień Jedności Społeczeństwa z Władzą. Naczelnik zamyślił się. "Ciekawe." - pomyślał, gładząc kruczo czarne wąsy - "Kiedy byłem mały ojciec opowiadał, że kiedyś władza coś podobnego robiła. Na 1 maja chyba". Podobno przed Sejmem miały być rozdawane ciepłe kiełbaski, a posłowie mieli wyjść do społeczeństwa i wypytywać się o dręczące je problemy. Oczywiście nie miało to żadnego związku ze zbliżającymi się wyborami. Po prostu parlamentarzyści, po raz pierwszy od czterech lat, poczuli nagłą i niewyjaśnioną potrzebę ulżenia doli społeczeństwa. Tylko wyjątkowo podejrzliwi i aspołeczni, jak twierdziły władze, obywatele mogli myśleć inaczej. Naczelnik wprawdzie nie uważał się ani za osobę podejrzliwą, przynajmniej nie ponadprzeciętnie, ani tym bardziej za aspołeczną, ale wersja oficjalna obrażała po prostu jego inteligencję. Jednak pokusa przejścia się na Wiejską była zbyt silna. Zwłaszcza że przez tą sprawę z Urzędem Pracy wolał przez ostatnie kilka dni nie pokazywać się na ulicy. "Wystarczy, że jakaś kamera zarejestruje, jak człowiek z kanistrem wchodzi do budynku na chwilę przed pożarem i zaraz pokazują jego portret pamięciowy na wszystkich kanałach". - myślał Naczelnik - "To przecież jeszcze nie dowód... choć właściwie...". Uśmiechnął się pod wąsem.



CZĘŚĆ III

Przed Sejmem zebrał sie wielki tłum. Byli tam studenci, emeryci, bezrobotni, rolnicy, robotnicy. W czasach gdy mało kogo stać było na godziwą rozrywkę, darmowy cyrk był w cenie. W centralnym miejscu festynu trwało oblężenie kuchni polowej, natomiast na specjalnie skonstruowanej mównicy politycy prześcigali się w prezentowaniu swojego poświęcenia w polepszaniu warunków życia społeczeństwa.

W chwili gdy Naczelnik przybył na miejsce, jakiś tęgi jegomość o wzroście siedzącego psa przekonywał zebranych, że linia jego partii jest jak najbardziej słuszna, tylko społeczeństwo nie dojrzało jeszcze do uświadomienia sobie jej geniuszu. Następnie na mównice wszedł mężczyzna przypominający reklame taniego samoopalacza. Swoją przemowę zaczął od zapewnienia, że doskonale wie, jak to jest być głodnym. Naczelnik musiał przyznać, że wypadłby całkiem przekonująco, gdyby w połowie tematu nie zrobił sobie przerwy na przekąszenie paszteciku z zająca i popicie go kieliszkiem szampana. Następnie mówca ów oświadczył, że nadal ma zamiar pracować tak ciężko jak do tej pory dla dobra wszystkich tu zgromadzonych.

Tłum jak jeden mąż odpowiedział: "Dziękujemy"!!!

Polityk, dla którego, jak się wydawało, pojecie ironii było, albo zupełnie obce, albo kojarzyło się co najwyżej z jakąś odmianą aronii, z wyrazem samozadowolenia na twarzy zabrał się za kontynuowanie przemówienia. Wtem coś przeleciało nad tłumem...



CZĘŚĆ IV

Naczelnik rozglądał się lekko oszołomiony. Wydarzenia ostatnich kilku minut wciąż miał przed oczami. Nie ukrywał zdziwienia gdy grupa dziarskich emerytów, krzycząc "Zostawcie bohatera!!!", zaatakowała laskami szarżujących na niego funkcjonariuszy BORu. BORowikom się właściwie nie dziwił. Faktycznie mogli być odrobinę zdenerwowani po tym jak rzucił koktajlem Mołotowa w kierunku wicepremiera. Trochę bardziej zdziwiło go, że za jego przykładem poszli inni zebrani. Po chwili w kierunku "elity narodu" leciały kolejne butelki z benzyną, zwykłe butelki, płyty chodnikowe, kamienie i po prostu wszystko co pomysłowość ludzka pozwoliła w danym momencie wykorzystać jako broń miotającą.

To co aktualnie działo się przed Sejmem można było określić tylko jako chaos. Spora grupa ludzi szturmowała właśnie budynek Sejmu. Straż Marszałkowska już na samym początku wykonała strategiczny odwrót na z góry upatrzone pozycje, czyli jak najdalej stąd. Kilkadziesiąt metrów dalej grupa rolników, zaopatrzona w widły i pochodnie, goniła garstkę posłów, którzy nie zdołali schronić się w Sejmie. "Nie bójcie się. Oni chcą pewnie tylko porozmawiać o tych dopłatach, które im przed ostatnimi wyborami obiecaliście" - powiedział pod nosem Naczelnik. Nie dało się nie zauważyć, że był w doskonałym humorze. Raźnym krokiem ruszył w kierunku głównego wejścia do Sejmu. Czuł się lekko speszony, gdy mijający go ludzie wiwatowali na jego cześć.



CZĘŚĆ V

Naczelnik stanął w głównym holu. Społeczeństwo właśnie bratało się z władzą i dziękowało za lata wysiłku wkładanego w prowadzenie Polski ku świetlanej przyszłości. Dookoła biegali rozradowani ludzie, wymachujący zdobytymi na pamiątkę biało-czerwonymi krawatami. "Ciekawe pod jaką nazwą historia zapamięta te wydarzenia." - myślał Naczelnik - "Pewien emeryt proponował przed chwilą nazwę 'Świniobicie', ale historycy wymyślą chyba jakąś bardziej doniosłą nazwę" (Jak dziś już wiemy jest to bodajże jedyna kwestia w której Naczelnik się mylił - przyp. autora). Po chwili wszyscy zaczęli opuszczać budynek. Nad Sejmem pojawił się, z każdą chwilą coraz bardziej gęstniejący, dym.

Był późny wieczór. Właściwie można powiedzieć, że noc. Naczelnik siedział przed tlącymi się ruinami parlamentu. W ręku trzymał zdobyczny pasiasty krawat. "Jakie czasy, takie trofeum" - pomyślał. Dookoła kłębili się ludzie. Wszyscy coś mówili, zadawali setki pytań. Najczęściej przewijało się: "Co teraz Wodzu???". Naczelnik patrzył przed siebie i myślał. Nigdy przecież nie chciał władzy, nigdy o nią nie zabiegał, nigdy nawet o niej nie myślał. A teraz ogień buntu, w ciągu kilku zaledwie godzin, rozszeżył się na cały kraj, a wszystkie oczy skierowane były na niego. "Czy podołam?" - pomyślał i spojrzał w otaczające go, zmęczone, ale pełne nadziei twarze.

Wstał, a błysk w jego oku świadczył o tym, że podjął decyzje...



EPILOG

Ten dzień przeszedł na zawsze do historii Państwa Polskiego. Był to ostatni dzień starej Polski i zarazem pierwszy dzień nowej, Wielkiej. Z czasem na temat tego dnia zaczęły narastać legendy. Niektórzy twierdzą, że na niebie pojawiła się, zwiastująca zmiany, spadająca gwiazda. To bzdury rozpowiadane przez ludzi, którzy nie potrafią odróżnić spadającej gwiazdy od koktajlu Mołotowa. Inni zaklinają się, że tego dnia zwierzęta zaczęły mówić ludzkim głosem. To też nie prawda. W kraju nad Wisłą świnie zawsze mówiły ludzkim, choc nie zawsze zrozumiałym dla normalnych ludzi, głosem. Tego dnia kwiczały po prostu głośniej i bardziej przeraźliwie. I robiły to po raz ostatni.

Jedno co można powiedzieć o tym dniu to to, że był to dzień, w którym właściwy człowiek znalazł się na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Był to dzień kiedy Historia dokonała mądrego wyboru i dała umęczonemu narodowi szansę. I był to w końcu dzień kiedy naród ten daną mu szansę wykorzystał...




  Binookle

MENU

 
Strona Główna
Kontakt
 
TwojaRura

TwojaNuta



(c) 2052-2067 www.wielkarzeczpospolita.net